Aktualności

Zobacz co nowego u nas

Carriers4Ukraine - Historia Olgi Lukianenko

2022-05-18
DONE! Deliveries przy współpracy z fundacją AKEDA pomogło już kilkudziesięciu rodzinom z Ukrainy. Otrzymały one zakwaterowanie, pomoc materialną oraz bieżące wsparcie w zaaklimatyzowaniu się na terenie naszego kraju. 

Poniżej przytaczamy rozmowę z jedną z naszych beneficjentek — Olgą. Jej historia pokazuje, w jakiej sytuacji są ludzie, których dotknęła wojna i którym chcemy pomóc. Zachęcamy do wsparcia naszej inicjatywy, by pomoc dotarła do jeszcze większej liczby potrzebujących. Szczegóły na https://zrzutka.pl/carriers4ukraine.

Pandemia zabrała ukochaną mamę, wojna  - dom. „Moje marzenie? Jak skończy się wojna, wrócą marzenia”

„Pandemia trwała już tyle czasu, mama była zaszczepiona, nie sądziłam, że to może się stać… Tak, ludzie umierali, ale nie tak blisko. Już samo to było dla mnie bardzo ciężkie. Potem wojna, jedno nakłada się na drugie. Ale teraz jest gorzej niż podczas pandemii… Podczas pandemii ludzie żyli. Marzyli o czymś. A teraz nie ma nawet wolnych marzeń. Mija jeden dzień. Mija drugi. Byle przeżyć do jutra. Mówimy sobie, że każdy dzień przybliża nas do zwycięstwa. Tak trwamy.”

Wojna zmusiła panią do opuszczenia domu. Gdzie pani mieszkała?
W niewielkim mieście Jarmolińce, w obwodzie chmielnickim.

Wie pani, co teraz tam się dzieje?
Tak, znam sytuację, dzwonimy do sąsiadów, znajomych. Obecnie, dzięki Bogu, nie ma tam aktywnych działań wojennych. Ale cały czas są alarmy powietrzne. 

Skoro jest tam obecnie bezpiecznie, może żałuje pani, że nie została?
Mój syn, który studiuje w Polsce, prosił mnie, żebym przyjechała. Mąż, jako kierowca zatrudniony w polskiej firmie, jeździł w długie trasy po całej Europie. Pracuje tak już od 2016 r. Mieszkałam praktycznie sama. Na wysokim piętrze, w bloku położonym 500 m od jednostki wojskowej. Bałam się. Zwłaszcza, gdy słychać było nadlatujące samoloty, wyjące syreny. Nie miałam też przy sobie żadnych bliskich – nie było rodzeństwa, tata zmarł wcześniej, mama w grudniu ubiegłego roku. Dalsza rodzina mieszka daleko.
Śmierć mamy była niespodziewana. Zmarła na covid. Jej choroba wpędziła nas w długi – długo walczyliśmy, kupowaliśmy specjalne leki, sprowadzane z Turcji. Były trudno dostępne, kupowaliśmy je na własną rękę, prosiliśmy o pomoc znajomych. I bardzo drogie, jak na ukraińskie warunki. Tam, gdzie mieszkamy, pensje wynoszą 6-7 tys. hrywien, maksymalnie 10 tys. [według obecnego kursu, to odpowiednio: ok. 900-1000 zł, 1500 zł – red.]. A potrzebne lekarstwa, które były w aptekach, takie na podwyższenie odporności, kosztowały 11 tys. hrywien za 6 ampułek. Mamie nie oczyszczały się płuca. Chcieliśmy ją ratować za wszelką cenę, zagraniczne leki były jedyną nadzieją. Nie udało się. 
Mama umarła, trzeba było pochować, to również pociągnęło koszty. Dodatkowo syn studiuje w Polsce, już dwa lata, jemu też trzeba było pomóc. Zaciągnęliśmy kredyt.

Czym się pani zajmowała w Ukrainie?
Pracowałam na kolei, jako operator wagonów towarowych. Ogłoszenie przyjazdów, sprawdzanie stanu składów, wypisywanie dokumentów.

A teraz, w Polsce?
Sprzątam. To praca na razie na 1 miesiąc, w zastępstwie za inną kobietę, która zachorowała. Cały czas szukam kolejnej pracy.

Mówiła pani, że mąż pracuje w Polsce już od kilku lat.
Tak. Dzięki temu udało nam się m.in. wyremontować mieszkanie. Przed śmiercią mamy planowaliśmy, że mąż wróci do Ukrainy, poszuka tu pracy, może uda nam się otworzyć coś własnego. Gdy mama umarła, chciał ze mną zostać, ale powiedziałam: jedź, potrzebujemy pieniędzy, by spłacić to wszystko. Mówi: pojadę jeszcze raz, zarobię i będziemy myśleć.
Ale zaczęła się wojna.

Gdy 24 lutego zaczęła się rosyjska inwazja, jaka była pani pierwsza myśl? Pierwsza reakcja?
Pierwsze, co wtedy pomyślałam: to chyba nie jest prawda.
Byłam sama w mieszkaniu i byłam przerażona. Syn pojechał do Polski, bo miał się rozpocząć nowy semestr, a mąż był akurat w trasie. Zaczęły się alarmy powietrzne, latały rakiety.  Chwała Bogu, nie spadały u nas w miejscowości, ale można się było spodziewać wszystkiego. Atakowali przecież początkowo lotniska, obiekty wojskowe. A my mamy jednostkę wojskową niedaleko domu, więc i myśli były straszne.
Przez pierwsze dni syn i mąż dzwonili kilka razy dziennie. Nie wiedzieli, co robić, pytali, czy wracać. 
syn jako student, był zwolniony ze służby wojskowej. Mąż nie przechodził wojskowego przeszkolenia. Ale i tak chciał wrócić, walczyć. A syn z kolei bardzo chciał, żebym to ja przyjechała. Na tym stanęło, że pojadę do Polski. Gdy przyjechałam, mój mąż nadal chciał wracać do Ukrainy i iść do wojska. Ale prosiłam go, żeby został. Nie mogłam znaleźć żadnej pracy, zostalibyśmy z synem bez pieniędzy, bez wsparcia. Dodatkowo te długi, związane z chorobą mamy… Póki co został i pracuje, ale nadal myśli o tym, by jechać walczyć.

Jak wyglądała pani podróż do Polski?
Było ciężko. Jechałam razem ze znajomą męża i jej synem. Oni jechali dalej do Francji. Byli kilka dni w Polsce, pomogliśmy im, by kilka dni odpoczęli od drogi. Byli bardzo zmęczeni. Syn ma 9 lat.
Jechaliśmy najpierw z Chmielnickiego do Lwowa, tam czekałyśmy 3 godziny, póki ludzie się nie przesiedli, potem jeszcze 10 godzin jechaliśmy z Lwowa do Przemyśla. Niby droga niedaleka, ale jechało tak wiele pociągów, musieliśmy czekać, aż zwolnią się perony. Bardzo długo staliśmy. 

Tyle godzin w pociągu, jeszcze w takiej sytuacji. To musiał być duży stres. Jak zachowywali się współpasażerowie? Jaka atmosfera panowała w przedziale?
Wszyscy byli bardzo zdenerwowani. Pociągi były przepełnione. Było ciężko, był zaduch, dużo osób stało. 
Dla mnie cała droga była bardzo stresująca, począwszy od kupna biletów. W ostatniej chwili z podróży zrezygnowała mama męża. Ona mieszka na wsi, niedaleko naszej miejscowości. Tam jest stosunkowo spokojnie. Zresztą, dla ponad 80-letniej osoby sam ten przejazd byłby wielkim problemem. My prawie całą drogę staliśmy. Ona nie dałaby rady. 

Słyszymy, że wiele starszych osób nie chce uciekać wraz z rodzinami, nie chce zostawiać swoich domów. Trudno też im przyzwyczajać się do nowych warunków, w obcym kraju.
Tak, myślę, że zwłaszcza dotyczy to starszych ludzi ze wsi. U nas na wsi żyje się po prostu inaczej. Na przykład tutaj, teściowa żyłaby jak ten kot – siedziała, patrzyła w okno. A ona przywykła do tego, że może wyjść, pospacerować koło domu, ma ziemniaki, posadzoną marchew, jest przyzwyczajona do pracy w ogródku, uspokaja ją to, byłoby jej bez tego bardzo ciężko. Dodatkowo, my jeszcze trochę mówimy po polsku, jesteśmy w stanie się porozumieć. Syn uczył się polskiego w szkole. Mamy polskie korzenie, Kartę Polaka. Ale teściowa nie zna w ogóle polskiego. Tam ma wiele sąsiadek, osób, z którymi codziennie rozmawia, a tu rozmawiałaby tylko z nami. 80 lat przeżyła w jednym miejscu, tam jest całe jej życie. Ciężko jej nawet sobie wyobrazić, że mogłaby to zmienić. Na miejscu są też pracownicy społeczni, którzy przychodzą i opiekują się starszymi ludźmi, pytają, czy potrzebna jest pomoc.

Starsi ludzie nie korzystają z internetu, dzięki czemu nie oglądają wielu strasznych nagrań, relacji. Myśli pani, że może to być powód, dla którego ich strach przez pozostaniem w Ukrainie może być mniejszy? 
Tak, mniej wiedzą, mniej chcą też wierzyć w to, że to może dotknąć również ich. Słyszą w wiadomościach, że straszne rzeczy dzieją się, ale gdzieś w Mariupolu, w Charkowie, myślą – to daleko, a tutaj póki co spokojnie. A póki spokojnie – to zostajemy. Chyba, że coś dzieje się blisko, słychać wybuchy rakiet…
We wsi, gdzie mieszka teściowa, przelatywała rakiety. Opowiadała, że widziała je znajoma w drodze do kościoła. Przeleciały nisko, ludzie padali na ziemię. Wszyscy bardzo się bali, nikt nie wiedział, gdzie uderzą. 
Teraz ludzie mają w sobie dwojakie odczucia – są bardzo przestraszeni, a jednocześnie – żyją prosto, z dnia na dzień. Wierzą w zwycięstwo.  Że to wszystko się skończy. Wszyscy bardzo tego chcemy. I młodsi, i starsi… Ci, którzy stracili bliskich… nie wiem, jak oni będą nadal żyć. Ale i ci, którym się poszczęści w czasie tej wojny, którzy przeżyją, nie doznają straty najbliższych, też nigdy tego nie zapomną. Ten strach będzie z nami do końca życia. 

Pani śledzi wiadomości z Ukrainy? Doniesienia z frontu?
Tak, codziennie czytam w internecie.

Nie czuje się pani zmęczona, przytłoczona?
Tak, nawet bardzo. Zresztą tak jak my wszyscy. Zmęczona, zniechęcona. W Ukrainie chcieliśmy, żeby było lepiej, żeby kraj się rozwijał. Staraliśmy się o to. Na przykład, u mnie w rodzinie. My zawsze wiedzieliśmy, jak żyje się w Europie, chcieliśmy, żeby w Ukrainie też tak było. I w ostatnich latach wiele zmieniało się na lepsze. To było widać. Ludzie robili remonty, budowali domy, porządkowali przestrzeń wokół siebie, dbali o to, by było lepiej i ładniej. Wkładaliśmy w to nasz czas, nasze życie. Rozwijała się infrastruktura. Robiliśmy to dla siebie, ale przede wszystkim – dla naszych dzieci. 
Mój mąż, prawie cały czas spędza w drodze, inni kierowcy, którzy tygodniami nie widzą żon, rodzin. Mąż poświęcał się dla nas, myśleliśmy –  jakoś wytrzymamy rozłąkę, uzbieramy pieniądze, otworzymy coś swojego. Najpierw plany pokrzyżowała choroba i śmierć mamy. Później wojna.

Wojna na wschodzie Ukrainy trwa od 2014 r. Nie obawiała się pani wcześniej, że może się to rozwinąć w  konflikt na pełną skalę? 
Tak, ta wojna trwa od 2014 r., ale szczerze mówiąc chyba myśleliśmy sobie: oni są bliżej Rosji, tam jest dużo rosyjskojęzycznych ludzi, może oni sami chcieli być z Rosją… U nas coś takiego nikomu nie przychodziło do głowy. Ja też uczyłam się w szkole po rosyjsku, ale my myślimy inaczej. Ludzie z zachodu Ukrainy bardziej są przyzwyczajeni do tego, by zarabiać, wyjeżdżać za granicę. Widzimy, jak żyje się na Zachodzie, opowiadamy innym. To jest moje zdanie, tak mi się wydaje, że ludziom na wschodzie Ukrainy Zachód może się wydawać inny niż jest. Im mogło się wydawać, że z Rosją będzie im lepiej. A jeszcze mówili, że ludzie, którzy mówią po rosyjsku, są prześladowani...
U nas, w naszym miasteczku, wiele osób mówi po rosyjsku. I nikt się ich nie czepia. Jedni mówili po ukraińsku, inni po rosyjsku, te języki się mieszały.

Nadal tak będzie po wojnie? Nikt nie będzie się czepiał ludzi, którzy mówią po rosyjsku?
Myślę, że nie. Ukraiński jest językiem państwowym, ale jak ludzie rozmawiają między sobą – to przecież ich sprawa. Ja sama uczyłam się po rosyjsku, potrafię mówić i po rosyjsku, i po ukraińsku…

A u pani w rodzinie, rodzice mówili w jakim języku?
Po ukraińsku.
Dużo mówi się o tym, jak szeregowi żołnierze rosyjscy okradają sklepy i ukraińskie domy. Według doniesień, niektórzy są zdziwieni poziomem życia w Ukrainie –  zobaczyli warunki lepsze niż w miejscowościach, z których sami pochodzą. 
Wydaje mi się, że im wkładają do głów, że w Ukrainie nie może być lepiej niż w Rosji. A jednocześnie – że w Rosji nie może być lepiej niż jest. A jest tak, że dobrze się żyje w dużych miastach, ale na wsiach…
Sama słyszałam, jak opowiadali znajomi, do których –  jeszcze przed wojną – przyjeżdżali przyjaciele z Rosji. Znajomi mieszkają na wsi. I ci Rosjanie dziwili się, że na wsi można wszystko kupić, co potrzebne do życia. Zwykłe rzeczy np. chemię gospodarczą. Mówili: o, tutaj można kupić proszek do prania! Dziwili się, że jest rozwinięta infrastruktura. Że nie trzeba jechać do miasta, a wszystko można kupić na miejscu. Było to dla nich coś niezwykłego.

Ma pani jakieś plany na najbliższą i dalszą przyszłość?
Nie wiemy, co wydarzy się jutro. Żyjemy, ale zupełnie bez planu. Nie, że założyliśmy rąk, ale… jesteśmy w zawieszeniu. Zostać? Wrócić? Nie wiadomo, co robić. Synowi potrzebne jest wsparcie, my też musimy mieć pieniądze, by opłacić jedzenie, rachunki… Plan jest jeden, by syn mógł skończyć studia. Bardzo dużo wysiłku i pieniędzy zostało w to włożone, by syn mógł je podjąć. Tutaj może zdobyć dyplom uznawany w UE. Studiuje informatykę. Najlepiej by było, gdyby mógł żyć i pracować w Ukrainie, żeby stać go było na zakup czy wynajem mieszkania, mógł mieć zwyczajne życie rodzinne, żyć z żoną razem, na miejscu, a jednocześnie nie martwić się o to, czy będzie co włożyć do garnka. Jednocześnie przy ukraińskich pensjach byłoby to trudne. W naszym miasteczku na przykład nie ma takich zarobków, by móc się spokojnie utrzymać. Oczywiście jednostki dobrze zarabiają, ale mówię o przeciętnych zarobkach. W większych miastach z kolei wiadomo – praca jest, ale i koszty duże wyższe. Jak i w Polsce.

Jak pani ocenia pomoc, jaką w Polsce oferuje się Ukraińcom?
Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne, jeśli ktoś przyjechał bez niczego, to otrzymał pomoc. Ale oczywiście najlepiej, jeśli ma się własne pieniądze. Czytamy na Facebooku historie ludzi, którzy najpierw zostali gdzieś przyjęci, później musieli się wyprowadzić. Nie oceniam oczywiście, mogły zawsze wyniknąć nowe okoliczności, może przyjmujący myśleli, że wszystko się skończy po miesiącu... 
Mówiąc za siebie, nie przyjechałam, by siedzieć na utrzymaniu polskich obywateli, wiem, że wszyscy płacą podatki, mają swoje wydatki, ceny rosną. Widzę, że inne Ukrainki, które przyjechały, też szukają pracy, tanich mieszkań. Najtrudniej mają oczywiście kobiety z małymi dziećmi, ale też do nich skierowano najwięcej pomocy, co zrozumiałe. 

Czy ma pani kontakt z innymi Ukraińcami we Wrocławiu?
Pod Wrocławiem mieszka rodzina, która wyjechała z naszego miasteczka z dziećmi. Kobieta z dwójką dzieci – pięciolatką i dwuletnim chłopcem. Na miejscu pomogli jej z mieszkaniem, mówi, że mają co jeść. Pytałam, czy trzeba jej pomóc czegoś innego poszukać, ale dzięki Bogu na razie jest dobrze. 

Niedawno była Wielkanoc. Dla pani pewnie inna niż dotychczas. Świętowała pani z rodziną?
Tak, świętowaliśmy. Mąż akurat przyjechał. Poszliśmy ze święconką. U nas tradycyjnie robi się to w niedzielę rano, ale u was – w sobotę. Staraliśmy się świętować jak w Ukrainie, oczywiście było trochę inaczej. Tydzień po Wielkanocy u nas jest Pomynalna nedilia – dzień, w którym wspomina się zmarłych. Tak, jak u was 1 i 2 listopada, sprząta się groby, przystraja, idzie się pomodlić – najpierw do cerkwi, potem na cmentarz. 
W tym roku musieliśmy prosić znajomych, by zadbali o nasze groby. Bo mimo ostrzeżeń, by nie gromadzić się w dużych skupiskach, w ten dzień w Ukrainie i tak wszyscy ruszyli na cmentarze. 

Musiało być pani szczególnie trudno, że nie może odwiedzić grobu mamy.
Moja mama pochowana jest w Gródku, miasteczku niedaleko Jarmolińców. Poprosiłam przyjaciół, którzy tam mieszkają, by poszli również na jej grób. I całej rodziny, bo tam pochowany jest mój brat i tata. Brat i tata zmarli już kilka lat temu, oni mają nagrobki. Mamie mieliśmy postawić pomnik w tym roku. Ale teraz… postawimy, jak skończy się wojna. 
Teraz o tym się tak nie myśli. Zupełnie inne  mam obecnie myślenie. Teraz po prostu się pracuje, by żyć, przeżyć, kupić coś do jedzenia. A większe plany… ciężko coś zaplanować. Widzimy nagrania. Ludzie budowali dom, wkładali w to całe swoje pieniądze, a teraz tego nie ma, wszystko spłonęło. 
Jak żyjesz tutaj, w Polsce, oglądasz ludzi, którzy wychodzą na spacer z psami, jeżdżą na rowerach… zapominasz… wydaje się, że w domu jest tak samo… ale w domu jest inaczej. Domu może już nie być. 
Dlatego wszyscy czekamy… nie wiemy nawet sami, na co czekamy. Żyjemy w rozdwojeniu. Nikt nie wie, co będzie dalej. Przeżyło się jeden dzień – dobrze. Jutro trzeba będzie żyć dalej.
Niektórzy wracają. Ale gdy patrzy się na Mariupol… Jest wielki strach. Zwłaszcza, jak ktoś jest z dziećmi. Boimy się o dzieci, o rodzinę… Boimy się nawet o koty, o psy. Wiele osób zabrało je z sobą.

Pani ma zwierzęta?
Moja mama miała kotkę. Po jej śmierci wzięłam ją do siebie. Teraz mieszka z teściową. Gdy szykowałam się do drogi, nie mogłam znaleźć transportera, żeby ją zabrać ze sobą, w sklepach nie było – ludzie, którzy wyjeżdżali, wszystko wykupili. Dlatego kotka została. Zresztą, plan był taki, że ktoś z nas wróci i zabierze i teściową, i kota. Ale teściowa jechać nie chce.

To zrozumiałe, że w takiej sytuacji ciężko o konkretne plany. A jakie ma pani marzenia?
Moim marzeniem jest, by wojna się zakończyła. (Długa pauza)

Jak się wojna skończy, to wrócą te marzenia, które były, zanim się rozpoczęła. Jakie? 
By żyć lepiej, pomimo strat, pomimo śmierci bliskich ludzi. Znam wiele osób, które zmarło na koronawirusa. Moja mama, ale też kilka osób spośród znajomych. Też nigdy nie sądziłam, że to dotknie moją rodzinę. Pandemia trwała już tyle czasu, mama była zaszczepiona, nie sądziłam, że to może się stać… Tak, ludzie umierali, ale nie tak blisko… To też było straszne. To straszna śmierć, jak człowiek się dusi, umiera od tego, że nie ma jak oddychać. Już samo to było dla mnie bardzo ciężkie. Potem wojna, jedno nakłada się na drugie… A teraz jest jeszcze gorzej niż podczas pandemii… Podczas pandemii ludzie żyli. Marzyli o czymś. A teraz nie ma nawet wolnych marzeń, wolnych snów. Mija jeden dzień. Mija drugi. Byle przeżyć do jutra. Mówimy sobie, że każdy dzień przybliża nas do zwycięstwa. Tak trwamy. 
Moje marzenie jest takie, by nikt nam nie przeszkadzał żyć tak, jak żyliśmy wcześniej. Robić tego, co robiliśmy. Pracować. Budować. Własnoręcznie zarabiać na swoje zwyczajne życie.


news

Najnowsze aktualności

2022-05-18

Carriers4Ukraine - Historia Olgi Lukianenko

Historia Olgi pokazuje, w jakiej sytuacji są ludzie, których dotknęła wojna i którym chcemy pomóc. Zachęcamy do wsparcia naszej inicjatywy, by pomoc dotarła do jeszcze większej liczby potrzebujących.
2022-05-09

Carriers4Ukraine - Historia Kateryny Ashykhgminy oraz jej rodziny

Historia Kateryny pokazuje, w jakiej sytuacji są ludzie, których dotknęła wojna i którym chcemy pomóc. Zachęcamy do wsparcia naszej inicjatywy, by pomoc dotarła do jeszcze większej liczby potrzebujących.
2022-01-21

Certyfikat ISO 4 raz z rzędu dla DONE!

2022 roku rozpoczynamy sukcesem - kolejny rok z rzędu uzyskaliśmy rekomendację organizacji certyfikującej TÜV w zakresie realizacji norm ISO 9001 i 14001...